2010-08-07 20:41:26; Dodaj komentarz (2); Qrczak

Ledwie wróciwszy z dalekich wojaży motocyklowych po Europie, a już zbieram kolejne doświadczenia, zgoła odmienne od tego, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić na wspomnianej wyprawie. Ale po kolei.

"Dalekie wojaże" to sformułowanie nieco na wyrost. Pięciodniowa wycieczka trasą Końskie-Solina-Budapeszt-Poprad-Zakopane-Kraków-Końskie zakończyła się bilansem prawie tysiąca trzystu kilometrów, niecałych trzystu złotych wydanych na paliwo oraz pełnej głowy niezapomnianych wrażeń.

Pierwszy dzień w pełnym, pięciomaszynowym składzie minął bardzo szybko. Pogoda odpowiednia do podróży motocyklem zachęcała do jazdy aż nad samą Solinę. Poszukiwania miejsca do rozbicia namiotów o godzinie 22 zakończyły się pełnym sukcesem. Motocykle w garażu, namioty na podwórku, bezpiecznie jest.

Dzień drugi to już mieszane uczucia. Darowaliśmy sobie pętlę bieszczadzką, ze względu na ulewę, która dopadła nas po raz pierwszy już podczas zbierania namiotów, a po raz drugi - na parkingu Tesco w Humenne na Słowacji. Cóż, szybkie zakupy i kolejne 45 minut oczekiwania pod daszkiem w towarzystwie przemiłych kompanów wyprawy oraz równie niekonfliktowych wózków na zakupy.

Dalsza jazda to już istna loteria. Dwoje z nas wróciło się do Polski. My jadąc dalej modliliśmy się, aby deszcz już nam nie przeszkadzał. Szczęśliwie dojechaliśmy aż za miejscowość Miskolc (Węgry). Pośród drzew znaleźliśmy świetnie położone pole namiotowe. Szczuplejsi o kilkadziesiąt euro i zadowoleni, że udało się dogadać z panem Węgrem (który notabene rozumiał po polsku, ale mówił już tylko po węgiersku), uraczeni piwem i dobrymi żartami, zmęczeni przejechanymi kilometrami, zasnęliśmy bardzo szybko.

NIESPODZIANKA! Szósta rano, pobudka w trybie awaryjnym! Ulewa, mój namiot dzielony z Marcinem zaczął przemiękać. Do tego stopnia, że zdążyło utworzyć się w środku jeziorko o głębokości idealnie wystarczającej do zmoczenia telefonu, butów, kombinezonów. Uratowaliśmy sytuację dużo później, kiedy to w przypływie weny twórczej przykryliśmy namiot... folią, którą miałem pod siodłem. W zamyśle miała służyć do przykrycia maszyn, przydała się jednak do czegoś innego. Po wspólnych naradach przeprowadzonych przy drewnianych ławkach i butelkach węgierskiego piwa, którego nazwa kojarzyła mi się z jakimś polskim imieniem, postanowiliśmy że jak tylko przestanie padać, ruszymy dalej. I tak zrobiliśmy - dopiero o 15-tej warunki się poprawiły.

Chłopaki pojechali dalej, na Chorwację. Ja z Marcinem, jak to było wcześniej ustalone, pojechaliśmy jeszcze za nimi w stronę Budapesztu i wróciliśmy przez Ózd, Poprad do Zakopanego. Swoją drogą, Poprad nocą i serpentyny w drodze na Łysą Polanę są piękne... niestety, całą drogę jechaliśmy w deszczu. Po dojechaniu na miejsce (nocleg wreszcie w ludzkich warunkach u Góralki w Olczy pod Zakopanem) marzyliśmy tylko o gorącym prysznicu i wysuszeniu ciuchów.

I suszyliśmy. Cały następny dzień. Na nic to się zdało, wtorek bowiem znów przywitał nas deszczem i tak już było niemal do samego domu. Połowa wyprawy, ponad 600 kilometrów w warunkach, na które nigdy więcej nie zdecydowałbym się wyjechać motocyklem. Ważne, że nikomu (sprzętom, ani ludziom) nic złego się nie stało!


***

Co miałem na myśli pisząc na początku notki o nowych doświadczeniach? Ano, właśnie wyleguję się w skrajnie innych warunkach niż pole namiotowe za Miskolcem. Nie wiem tylko czy to jest zaleta, czy wada. Pięciogwiazdkowa restauracja hotelowa przywitała mnie kilkoma facetami w garniturach, pijącymi wytrawne wino do kolacji, kilkoma innymi facetami w białych koszulach, którzy wykonywali nerwowe tiki rękoma lub oczami, a całe przywitanie opatrzone było tym, czego nienawidzę najbardziej... wrzaskiem bachorów! Z całym szacunkiem, ale rodzice chyba nie zdają sobie sprawy, że to, co dla nich jest zwyczajną zabawą ich kochanych pociech, dla zwykłego obserwatora może stać się nieznośne nie tylko dla uszu, ale też wywołać oczopląs! Wypatrując biegających między nogami dzieciaków i starając się nie wywalić sałatki z talerza kursowałem między stolikiem a bufetem, mając w myślach tylko jedno - zniszczyć budżet hotelu zjadając najwięcej jak potrafię!

Swoją drogą, dowiedziałem się wreszcie czym różni się pokój w trzygwiazdkowym hotelu od pokoju w hotelu pięciogwiazdkowym. Kto był, ten wie. Dla zaciekawionych śpieszę z odpowiedzią - miękkością materaca (który zapada się na kilkanaście centymetrów pod moim krzywym kręgosłupem), nastrojowym oświetleniem (które zarówno w sypialni, jak i w łazience nastraja do... zintensyfikowania stosunków partnerskich :) ), oraz uwaga - telefonem przy sedesie. Nie żartuję. Siedząc na tak zwanym tronie, możemy zadzwonić gdziekolwiek... na przykład zamówić schłodzonego szampana z ekspresową dostawą do pokoju. No to zdrówko :)

Zastanawiam się tylko po co komu te wszystkie drogie hotele... proporcjonalnie do ilości gwiazdek przy ich nazwie zwiększa się na ich parkingach odsetek samochodów, których wartość przekracza grubo 200 tysięcy złotych, wszystko w środku jest na pokaz, a mimo to restauracja przypomina stołówkę w podstawówce, a w mojej łazience deska od sedesu jest niedokręcona. Skandal!

Dodaj komentarz

Komentarze gości

2010-12-14 13:01:21; Test

Test iw

2010-12-14 13:21:07; Test

Test iw 2